Jak z tysiąca złotych zrobić 10 tys. Niemożliwe? A jednak…

|

Na pierwszy rzut oka wygląda to na zadanie z gatunku mission impossible. Co gorsza, na drugi i trzeci rzut oka wygląda podobnie. Okazuje się jednak, że nie takie rzeczy na rynku już widziano.

article-thumbnail

Uzyskanie 10 tys. z 1 tys. to rzecz bardzo trudna, bo zakłada zysk na poziomie 1000 proc., a najlepsze lokaty osiągają rentowność rzędu zaledwie kilku procent.

Dodatkowym utrudnieniem jest niewielka wartość kapitału – trudno byłoby ją zainwestować w poważny biznes, a także kupić coś wartościowego z nadzieją, że z czasem zdrożeje i da nam zysk na założonym poziomie.

Od razu też powiedzmy, że tradycyjne oszczędzanie nie sprawdzi się przy tak ambitnych założeniach. Najlepsze obecnie lokaty terminowe oferują około 3 proc. rocznie. Dobra wiadomość jest taka, że 1000 zł bez problemu wystarczy na założenie lokaty. Zła, że w ten sposób zarobimy jakieś 150 zł w ciągu… 5 lat. Czyli zarobienie wymaganej przez nas kwoty zajęłoby nam ponad 300 lat!

Podobnie wygląda to w przypadku kont oszczędnościowych.

Fundusze inwestycyjne, czyli szansa na większy zysk

Ciekawą, ale często pomijaną alternatywą, są fundusze inwestycyjne. Powierzamy wówczas swoje pieniądze ekspertom, którzy inwestują nasze środki na rynkach kapitałowych. Nasza rola polega wyłącznie na zakupie jednostek uczestnictwa, których cena ma z czasem wzrosnąć. I faktycznie, mogą dać one dużo wyższy zysk niż lokaty czy obligacje, ale i tak może być im daleko do zakładanego przez nas poziomu, a inwestycja w fundusze zawsze wiąże się z ryzykiem utraty części lub całości kapitału.

Według dostępnych danych, najlepsze fundusze inwestycyjne osiągnęły w ubiegłym roku zysk na poziomie ponad 70 proc.

Gdyby wynik ten był powielany co roku, 10 tys. zgromadzilibyśmy w nieco ponad 13 lat.

Przeciętnie zysk z funduszy inwestycyjnych nie jest jednak tak imponujący. Standardowo to od kilku do kilkunastu procent rocznie, choć np. subfundusz Millennium TFI może pochwalić się wynikiem sięgającym nawet 23 procent w ciągu 12 miesięcy.

Problem w tym, że kupując jednostki uczestnictwa jakiegokolwiek funduszu, możemy zarobić lub… stracić, więc jest to inwestycja obarczona ryzykiem.

Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych oferują możliwość zakupu jednostek uczestnictwa funduszy o zróżnicowanych strategiach, inwestujących w sposób bardziej zachowawczy lub odważny

– Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych oferują możliwość zakupu jednostek uczestnictwa funduszy o zróżnicowanych strategiach, inwestujących w sposób bardziej zachowawczy lub odważny. Każdorazowo decyzja o zainwestowaniu w określony fundusz powinna być uzależniona od indywidualnej sytuacji klienta. Istotny jest też cel, z myślą o którym chcemy pomnażać pieniądze oraz zakładany horyzont inwestycyjny, czyli długość okresu, w którym chcemy inwestować nasze środki. Na podstawie opisu strategii funduszu i historycznych zmian wartości jego jednostki jesteśmy w stanie ocenić, czy dany fundusz ma szanse zrealizować nasze założenia w wybranym przez nas okresie - mówi Krzysztof Kamiński, Członek Zarządu Millennium TFI.

Wystarczą tylko dwa lata

Ryzykiem obarczone są także próby samodzielnej gry na giełdzie. I tu bez problemu zarobimy takie pieniądze bardzo szybko, pod warunkiem, że wiemy kiedy i co kupić.

Dość powiedzieć, że tylko w ubiegłym roku cena akcji firmy węglowej JSW wzrosła - jak wynika z danych GPW - o ok. 536 proc. (druga była firma Famur ze wzrostem ceny akcji o 180 proc., również z branży węglowej).

Jeśli więc w odpowiednim momencie kupiliśmy akcje JSW, już po roku nasz tysiąc wart byłby ponad 5 tys. zł, a na 10 tysięcy nasze pieniądze pracowałby tylko 2 lata!

Warto wspomnieć, że wcale nie jest to rekordowy wynik. Zdarzały się firmy, których akcje drożały o ponad 1400 proc. (Astro w 2010 r., producent telewizyjny m. in. Familiady), a gdyby wiele lat temu zainwestować w spółkę taką jak LPP (właściciela m.in. marki Reserved), można było zarobić znacznie ponad 4 tys. proc.!

Nieźle, choć mniej, dawały też zarobić inwestorom takie firmy, jak Wawel (słodycze), Remak (kotły) czy toruński Apator. Warunek naszego zysku jest jeden i dość oczywisty: trzeba przewidzieć, co kiedy kupić i kiedy to sprzedać. Prawda, że proste? Chyba jednak nie, biorąc pod uwagę towarzyszące temu procesowi emocje i liczbę inwestorów, którzy stracili duże pieniądze na giełdzie.

Banknot, który jest w cenie

Mając tak niewielkie pieniądze, możemy szukać rozwiązań niestandardowych, jak obrót przedmiotami kolekcjonerskimi, w nadziei, że z czasem ich cena wzrośnie. Nieoczekiwanie np. ostatnim hitem portali aukcyjnych są… banknoty 500 zł (będące obecnie w obiegu, a nie te sprzed denominacji, chociaż takie też się sprzedaje, ale za o wiele mniejsze kwoty).
Są one na tyle rzadkie, że są poszukiwane przez kolekcjonerów. Rzecz jasna w cenach wyższych niż nominalna. Za taki banknot sprzedający żądają nawet… dwa razy tyle (999 zł) – na tyle wyceniony jest przez sprzedającego, ponoć bardzo rzadko spotykany, banknot z serii AA o niskim numerze.

Inne co prawda oferowane są w niższych cenach, ale też pozyskać je jest dość łatwo – można takie pieniądze wymienić w oddziałach NBP.

Za posiadaną przez nas kwotę 1000 zł można byłoby zdobyć 2 sztuki banknotów, a po ich sprzedaży nabyć następne i obracać nimi tak długo, aż osiągniemy pożądany przez nas poziom. Oczywiście to tylko przykład czegoś, co możemy kupić, zakładając, że uda nam się to odsprzedać ze znacznym zyskiem.

Zdecydowanym plusem jest to, że tych pieniędzy nie stracimy, nawet jeśli nie znajdziemy na nie nabywcy, to zawsze możemy po prostu… wydać je w sklepie.

Masz kapitał na 400 trójek

A na koniec coś dla tych, którzy lubią ryzyko. Za tysiąc złotych możemy kupić ponad 330 standardowych zakładów Lotto. Główna wygrana – oczywiście ze znaczną górką – pozwoli nam zarobić tyle, ile chcemy, sprawę załatwią też dwie trafione piątki.

Nieco gorzej wygląda sprawa z nagrodami dalszego stopnia, które jednak nieporównanie łatwiej jest trafić. Żeby zarobić 10 tys. złotych, musielibyśmy trafić około 60 "czwórek" i aż ponad 400 najpopularniejszych wygranych – "trójek".