To mit, że żeby inwestować, trzeba być bogatym. Ale właśnie inwestowanie może pomóc się takim stać.

|

Mamy naturalną skłonność do wydawania pieniędzy tu i teraz, a nie oszczędzania. Rzadko kto jest w stanie zrezygnować z bieżącej konsumpcji, by oszczędzić na przyszłość.

article-thumbnail

Rozmowa z Piotrem Rapińczukiem, Kierującym Wydziałem Produktów i Procesów Inwestycyjnych w Banku Millennium

Tomasz Bodył: Korzystając z Internetu, otrzymuję czasem propozycje pomnożenia moich oszczędności np. o 20 proc. w skali roku. To możliwie?

Piotr Rapińczuk: Teoretycznie tak, ale warto podchodzić do takich informacji sceptycznie. Przed skorzystaniem należy wnikliwie zapoznać się zarówno z samą ofertą jak i firmą, która za nią stoi. Czasami są to instytucje, które działają w nieetyczny sposób i obiecują wysokie zyski nie informując o znacznym ryzyku straty. A jeśli coś wygląda zbyt pięknie, żeby było prawdziwe, to raczej trzeba mieć się na baczności. Poważne firmy, np. banki, nie składają takich ofert i nie w taki sposób komunikują się z klientem. Jest to nie tylko zakazane przez prawo, ale również zwyczajnie niewłaściwe.

TB: To w jaki sposób klient może taką ofertę zweryfikować?

Piotr Rapińczuk: Na stronie KNF można znaleźć informację o bankach komercyjnych, biurach maklerskich oraz instytucjach zagranicznych, które mają zezwolenie na prowadzenie działalności finansowej w Polsce. Z ofert tych firm możemy korzystać bez obaw, że zostaniemy oszukani.
Osoba nieposiadająca specjalistycznej wiedzy finansowej powinna kierować się do instytucji, które do oferowania produktów finansowych zatrudniają odpowiednio wykwalifikowany personel.
Czasem dzwonią do mnie firmy, które proponują mi np. tzw. akcje pracownicze. Wprawdzie nie mówią wprost, ile mogę zarobić, ale budowana jest perspektywa, że na pewno można zarobić na tym dobrze. Raczej bez konkretów, lecz jest to tak przedstawiane, że będą jakieś wysokie zyski. Ja wiem, że temat jest obarczony wysokim ryzykiem i trzymam się od nich z daleka.

TB: A właściwie dlaczego obecnie banki nie oferują lokaty, na której można zyskać 20 proc. w skali roku?

Piotr Rapińczuk: Oferta lokaty, jaką bank może przedstawić klientowi, jest zależna od ceny pieniądza na rynku międzybankowym, czyli przede wszystkim od wysokości stóp procentowych. A te obecnie znajdują się na historycznie niskich poziomach. Banki po prostu nie mogą oferować 15 czy 20 proc. w skali roku, bo też nie zarabiają tyle na kredytach gotówkowych. Oprocentowanie kredytów jest ograniczone ustawowo, więc byłaby to strata dla banku – oferować klientom na lokatach np. 20% w skali roku,, a potem proponować zdecydowanie niżej oprocentowane kredyty.

Pamiętamy, że kilka lat temu lokaty w Polsce były oprocentowane na 10-11 proc. w skali roku, ale oprocentowanie kredytów gotówkowych czy kart kredytowych było wtedy na znacznie wyższym poziomie. Dopóki nie wzrosną stopy procentowe, będziemy mieli niskie oprocentowanie depozytów.

Warto zauważyć, że np. w Niemczech w tej chwili depozyty dla firm oprocentowane są ujemnie! Przy takim oprocentowaniu lokat, instytucje które trzymają pieniądze w bankach, de facto muszą do tego dopłacać. Ale zyskują w zamian bezpieczeństwo.

TB: Pytanie w takim razie, dlaczego mam w ogóle trzymać pieniądze w banku… Może lepiej w domu, w skarpecie?

Piotr Rapińczuk: Jest to jakiś pomysł, ale czy pana skarpeta jest bezpiecznym miejscem? Jeśli ktoś ją ukradnie, to pieniądze przepadną. A w banku są one bezpieczne do wysokości zależnej od funkcjonującego w danym kraju sytemu gwarantowania. W Polsce to kwota 100 tys. euro. Poza tym, pieniądze w skarpecie są również „zjadane” przez inflację, więc trochę też się na tym traci.

TB: Jeśli mam w tej chwili, powiedzmy, 10 tysięcy złotych i chciałbym je gdzieś ulokować, to ile jestem w stanie realnie na tym zarobić?

Piotr Rapińczuk: To zależy. Musimy odróżnić inwestowanie od oszczędzania. Jeśli oszczędzamy, czyli wybieramy lokaty albo konta oszczędnościowe, to rzeczywiście obecna oferta może zapewnić raczej niewielkie zyski.

Z kolei jeśli chodzi o inwestycje, musimy pamiętać, że zawsze wiążą się one z ryzykiem. Z jednej strony mamy szanse na wyższe stopy zwrotu, ale z drugiej, zależnie od tego, jaki produkt czy instrument wybierzemy, mamy ryzyko, że stracimy część albo w ekstremalnej sytuacji nawet całość naszych środków. Trzeba być tego świadomym. Ale jeśli już zaakceptujemy to ryzyko, dobrze się zastanowimy, na jaki czas chcemy te środki ulokować (czyli czy możemy zamrozić je na dwa lata, rok, a może tylko na pół roku), wtedy warto zapytać pracownika banku o interesujące propozycje o różnym profilu ryzyka.

Jeśli ktoś jest w stanie zaryzykować potencjalną stratę swoich środków, ale zyskać szansę na 20, 30 czy 40 proc. zysku w skali roku, to są instrumenty, które to oferują.

Zawsze powtarzamy, że historia nie może być podstawową miarą czy czynnikiem, który klient powinien brać pod uwagę przy wyborze inwestycji. Jeśli spojrzymy na 12 czy 24 miesiące wstecz, to widzimy, że mieliśmy okres dobrej koniunktury, czyli np. mamy wzrost indeksu WIG 20 o blisko 30 proc. w skali ostatnich 12 miesięcy. Ale jak będzie w przyszłości, czas dopiero pokaże.

Przede wszystkim każdy powinien jednak dobrać sposób inwestowania do własnych potrzeb.

TB: Jeśli chodzi o lokowanie pieniędzy, lepiej robić to samodzielnie czy zostawić to fachowcom, np. z jakiegoś funduszu?

Piotr Rapińczuk: Jeśli powiem, że lepiej zostawić to profesjonalistom, będzie to co do zasady prawdziwa informacja dla większości osób, które nie mają wystarczającej wiedzy w zakresie inwestycji albo czasu, żeby tym się zajmować. Jeśli myślimy o inwestowaniu, a nie mamy odpowiedniej wiedzy, zawsze lepiej porozmawiać ze specjalistą. Podczas takiej rozmowy można poznać poziom ryzyka inwestycyjnego i zastanowić się, czy jesteśmy w stanie zaakceptować dane ryzyko. Wtedy na pewno uda nam się wybrać coś dla siebie.

TB: W jaki sposób samodzielnie można oszacować ryzyko?

Piotr Rapińczuk: Miliony osób na całym świecie zastanawiają się, jak zachowają się dane rynki i w co warto inwestować, żeby na tym zarobić.

Klient niebędący profesjonalistą może zrobić to np. na postawie dokumentów zawierających kluczowe informacje, i w ten sposób ocenić, czy jest to produkt dla niego. Znajdują się tam informacje o tym, jakie jest ryzyko w skali SRRI: od 1 do 7. Im wyższa cyfra, tym większy poziom ryzyka. Ale to wcale nie oznacza, że jeżeli wybierzemy produkt o ryzyku na poziomie 5, to nie straci on więcej niż ten, który ma ryzyko na poziomie 6. To jest jakaś miara statystyczna. Poruszamy się tu w pewnych ramach: np. ja mogę zaakceptować tylko te produkty z poziomu 1, czyli o najniższym ryzyku, produkty obligacyjne czy dłużne, bo na więcej nie jestem gotów. Jeśli jednak chcemy profesjonalnie zarządzać portfelem, to musimy posiłkować się licencjonowanym doradcą, a doradca odpowiednimi systemami do zarządzania i materiałami analitycznymi.
Te informacje często nie są całkowicie intuicyjne, więc klient zawsze powinien dopytać o to, czego nie rozumie.

TB: A czy można w ogóle inwestować bez ryzyka?

Piotr Rapińczuk: Oszczędzać? Pewnie tak. Inwestować? Niekoniecznie. Ale powiem coś, co wielu zdziwi: ryzyko nie jest czymś z gruntu złym. Bez ryzyka nie byłoby przecież mowy o możliwości osiągnięcia wysokiej stopy zwrotu. Więc jeśli chcemy osiągać wysokie zyski, to musimy zaryzykować. Dotyczy to zresztą nie tylko inwestycji w instrumenty finansowe, ale i np. w rynek nieruchomości, który też przecież podlega wahaniom.

TB: Jakie elementy są najważniejsze przy podejmowaniu decyzji o wyborze najlepszego produktu inwestycyjnego?

Piotr Rapińczuk: Najważniejszy jest stopień akceptacji ryzyka i zrozumienie mechanizmu działania danego produktu czy instrumentu. Czy rozważam oszczędzanie klasyczne w rozumieniu lokat lub rachunku oszczędnościowego, czy mowa o inwestowaniu w jakieś instrumenty ryzykowne. Czy chciałbym dużo zarobić, ale z drugiej strony jestem gotów na to, że coś może nie pójść po mojej myśli. To jest pierwsza rzecz, ale jest uwarunkowana również innymi czynnikami: sytuacją majątkową, stabilnością zawodową danej osoby czy całej rodziny, sytuacją rodzinną, tym jaką część całego majątku chcemy zainwestować…

Oczywiście u osoby 20-letniej poziom akceptacji tego ryzyka zazwyczaj jest większy niż u osoby 60-letniej. Jeżeli osoba 20-letnia dostała pierwszą pracę i otworzyła sobie IKE, bo chce oszczędzać na emeryturę i może wpłacać nawet 300 czy 500 zł miesięcznie, to zwykle może sobie pozwolić na wyższy poziom ryzyka.

Ale w sytuacji, gdy ta sama 20-letnia osoba chce zaoszczędzić na to, żeby za pół roku pojechać za granicę ze znajomymi, warto aby rozważyła, czy na pewno chce zainwestować w fundusz akcji. Drobna korekta może sprawić, że fundusz szybko straci 15-20 proc., które odpracuje np. dopiero w następnym roku – już po tym jak wyjazd się odbędzie. Wszystko zależy od celu inwestycyjnego. Po ryzyku jest to drugi ważny element, który trzeba brać pod uwagę.

Trzecią rzeczą jest okres, na jaki można te środki zainwestować, co też zazębia się z tymi poprzednimi elementami. To zależy od majątku i tego, jaką jego częścią są pieniądze, które klient chce zainwestować. Jeśli ktoś sprzedał mieszkanie i ma większą sumę, która stanowi połowę jego majątku, to też powinien rozważyć, czy na pewno chce inwestować całość w ryzykowne instrumenty, a nie np. odłożyć część na bezpiecznym rachunku oszczędnościowym lub lokacie.

TB: Mamy więc ryzyko, cel i czas. Czy są jeszcze jakieś inne czynniki, które powinniśmy brać pod uwagę przy inwestowaniu?

Piotr Rapińczuk: Z czasem inwestowania wiąże się jeszcze płynność finansowa. Są klienci, którzy mówią, że chcieliby odłożyć pieniądze na kilka lat, gdyby znaleźli jakiś ciekawy produkt. Należy jednak pamiętać, że różne sytuacje mogą się w życiu zdarzyć. Stąd tak ważne jest zapewnienie sobie dostępu do zainwestowanych środków. A nie zawsze jest to możliwe.

TB: Czy są jakieś generalne zasady dotyczące oszczędzania i inwestowania?

Piotr Rapińczuk: Każda osoba musi zrobić sobie „rachunek sumienia” i odpowiedzieć na pytania: jaki jest cel mojej inwestycji, na jakie ryzyko jestem gotowy itd. Z drugiej strony nie powinniśmy decydować się na oferty, które budzą nasze wątpliwości. Jeśli słyszymy reklamę jakieś nieznanej firmy, która gwarantuje 20 proc. zysku, to musimy upewnić się, czy kupujemy to, co rzeczywiście chcemy kupić i czy jest to oferowane przez podmiot, który jest godny naszego zaufania. Pytanie, czy powinniśmy korzystać z usług firm, które nie mają żadnej reputacji, których reputacji nie jesteśmy w stanie zweryfikować lub po prostu im na niej nie zależy.

TB: A jaki jest Pana pomysł na pomnażanie swoich pieniędzy?

Piotr Rapińczuk: Z racji mojej profesji jestem specyficznym, bardzo świadomym inwestorem i nie należy się sugerować moimi wyborami. W portfelu trzymam zawsze nie więcej niż kilkadziesiąt zł i w domu pewnie też tylko jakieś drobne. Jestem relatywnie młody i akceptuję stosunkowo wysoki poziom ryzyka. Mam dziecko, więc korzystam z różnych programów inwestycyjnych zarówno aby oszczędzić na jego przyszłość, jak i na własną emeryturę. Oczywiście nie inwestuję całości moich oszczędności, ponieważ potrzebuję też płynności. Właśnie dlatego trzymam część pieniędzy na koncie oszczędnościowym, żeby mieć na bieżące wydatki.

TB: Jaka strategia jest lepsza: regularnie mniejsze kwoty czy nieregularnie, ale więcej?

Piotr Rapińczuk: Zdecydowanie regularnie. Mamy naturalną skłonność do wydawania pieniędzy tu i teraz, a nie oszczędzania. Rzadko kto jest w stanie zrezygnować z bieżącej konsumpcji, by oszczędzić na przyszłość.

Będąc początkującym inwestorem, przy jednorazowej inwestycji często nie wiemy, w którym momencie warto zainwestować, a w którym należy sprzedać (nawet doświadczeni często też tego nie wiedzą). Oczywiście każdy chciałby tanio kupić, drogo sprzedać, a powiększoną o zarobek kwotę przeznaczyć na ponowny tani zakup. Niestety taka strategia rzadko ma szansę na realizację.

Przy regularnym oszczędzaniu możemy być bardzo mile zaskoczeni tym, jak szybko kumulują się niewielkie przelewy. Nagle okazuje się, że niejako poza nami udało się odłożyć całkiem sporo środków.

Banki mają w ofercie programy, które mają odpowiadać właśnie tego rodzaju potrzebie. Próg wpłat jest zazwyczaj niewielki i można ich dokonywać miesięcznie, kwartalnie, jednorazowo czy dowolnie według preferencji klienta. Wszystko po to, żeby zachęcić klientów do regularnego oszczędzania.Warto zastanowić się, czy nie chcielibyśmy w ten sposób zagospodarować nadwyżek, powstających np. w wyniku wypłacania rodzinom pieniędzy w ramach programu 500+. W Banku Millennium takim programem jest Przyszłość+.

Niewielkie kwoty regularnie oszczędzane to najmniej odczuwalny sposób, żeby budować swoją przyszłość finansową.